czwartek, 2 kwietnia 2009

Każdy jest Hankiem Moodym (albo przynajmniej tak myśli)

miś gryzli: genialne filmy już nie powstają. (wybuch)(wszystkie oscary na całym świecie zatrzęsły się na swoich półkach)(oscary nieprzyzane i nienarodzone też) przy całej miłości do hollywoodu i jego infantylności, nie można nie zauważyć jak nawet to co z założenia głupie, stało się za głupie. wszystkie schematy przetarto do granic możliwości. to co "oryginalne" najczęściej jest dziwaczne i bełkotliwe, a o zwykłych rzeczach i tematach film nie potrafi już mówić, nie popadając w chujową sztampę.
czyżby wszystko zostało już nakręcone? czy może trzeba kręcić głupie filmy dla głupich ludzi, bo inne się nie sprzedadzą?

pw: Też chciałbym powieszczyć apokalipsę, szczególnie, że mówiąc "wszystko już było", zawsze możesz mieć nadzieję, że zostanie to zapamiętane i ktoś za kilkadziesiąt lat będzie się z ciebie śmiał. Fajnie by było strzelić jakiś manifest o tym, że wszystko już nakręcono i inspirować grupy studentów filmówek, którzy by wkraczali do studiów filmowych z kałasznikowami, ale... nie jest tak łatwo rozpętać rewolucję. W czasach, gdy naprawdę interesujące i oryginalne filmy (mówimy o mainstreamie, bo nikt trzeźwo myślący nie uzna przecież offowych filmów ponurych gówniarzy za coś rozrywkowego) tworzą tylko Zack Snyder czy Wes Anderson (tak, tak, Fincher i Aronofsky się wypalili), oko Saurona powinno się obrócić w kierunku seriali. Tych odcinkowych megafilmów, które nieraz mają wielkie budżety, własny światek celebrytów, świetne scenariusze i świeże pomysły- nie sprowadzające się do parodiowania i nadawania sobie miana "PoMo" *1. "Dr House", "Heroes", jak mówią przyjazne języki również "The Wire", ale przede wszystkim "Californication". Celowo nie wspominam o "Lostach", bo ich nie lubię. Czy Hank Moody jest naprawdę zwiastunem nowej jakości i przeniesienia się wielkości sztuki filmowej na pole serialowe, czy po prostu autorzy "przegraj mi to na jutro" są grupą przeintelektualizowanych amatorów?

mg: Czy Lee Harvey Oswald zabił JFK? Czy Bursztynowa Komnata jest w kraju? Czy Kubuś Puchatek dostał uraz głowy z powodu ciągania go za nóżkę po schodach przez Krzysia (patrz oryginalne ilustracje Shepherda) ? Nie wiemy. *1 spytałem się przedmówcę co to jest PoMo i to jest postmodernizm. Tak jakby co.

Arronofsky się skończył? To on się w ogóle zaczął?

"Offowe filmy ponurych gówniarzy" hoho! Jak buńczucznie, proszę ja ciebie, panie kolego. Ale jako przedstawiciele krytycznej awangardy rewolucyjnej, będący poza wszystkimi układami (związani tylko ze swoimi rodzicami) możemy chyba rzucać takie kawałki, tym bardziej że lecą one w próżnię.

Nie mam wątpliwości - Seriale zabierają bogu co boskie. Wchodzą na tereny zajmowane przez Film, nie zastając żadnego oporu. Ostatnie kilka lat to czas ich niezwykłej ewolucji. Można chyba nawet mówić o czymś jak Nowa Fala Seriali, z fabułą prowadzona jak w filmach oraz "kinową" produkcją. Patrząc na Californication - przewyraziste postacie, świetny soundtrack (rdzenń kręgowy serii), żadnych special guest starów, 20 minutowe odcinki, brak elementów wspólnych dla odcinków (takich zapychaczy, typu powtarzająca sie panorama miasta) czy zestawu tych samych motywów muzycznych, beznadziejnie zdradzających charakter sceny, zanim się ona jeszcze zacznie. Tak jak mowiłeś, to raczej flimy rozbite na odcinki, ot co. Tyle że akcja żwawsza i ma więcej zwrotów.

pw: "Californication" ujawnia przy tym przewagę seriali nad filmami. Widz jest człowiekiem- chce akcji. Seriale dzielą się na odcinki, a każdy musi czymś przyciągać (w domyśle, wspomnianym przez Ciebie zwrotem akcji). Po każdym epizodzie jest się nabuzowanym emocjami odgrywanami przez bohaterów, a w przypadku Hanka Moody'ego jest w ogóle bosko, bo i to wszystko każdy lubi bzykanie, chlanie, ćpanie bez specjalnie złych skutków. Oczywiście każdy serial może w pewnym momencie zacząć się wypalać i przyciągać widzów samą obietnicą pokazania "co dalej z bohaterem, z którym już tyle przeżyłeś". Ale po drugim sezonie, wydaje mi się, że David Duchovny w wersji kalifornijskiej ma jeszcze ogromny potencjał. Skoro tak banalny koncept jak ten w "House MD" przyniósł nam pięć wyśmienitych sezonów, to czemu ludzie z Showtime'a nie mieliby dać rady.

mg: Może i tak. Przy 'Trawce' się to nie udało. Najlepszy w showtimeowych seryjniakach jest ich brak nadęcia (wydawałoby się - nieodłączna cecha tamtejszych produkcji). Eksplorują rewiry niedostępne dla Filmu, nie bez wpadając przy tym w sztampę i banał. I robią to wszystko lepiej, co więcej nie mając żadnych tabu. "Granica dobrego smaku" została zdeptana jak tylko mogła. Oglądając inne serie Showtime'a zauważa się, że znika gdzieś ta amerykańska superhiperultra poprawność polityczna. Hank Moody pali (chociaz ostatecznie i on ma plasterek antynikotynowy), jara, każdy dzień rozpoczyna szklaneczką whiskey i jest seksoholikiem.

pw: Otóż to. Casus "Californication" idealnie pokazuje paradoks obyczajowy dzisiejszej Ameryki- pozew sądowy dla Janet Jackson za pokazanie cycka na Super Bowl nie przeszkadza pokazywaniu takiego "libertyńskiego" serialu. O ile filmy epatujące seksem, rozpiciem i ćpaniem powstają już od wielu lat, o tyle świat seriali wydawał mi się zawsze być jakiś "sterylniejszy", bardziej przyzwoity. Od kilku lat zaś wszystko, począwszy od odgrywanych emocji skończywszy na przedstawianiu relacji damsko-męskich staje się mocniejsze, jaskrawsze. Trudno nazwać przygody Hanka Moody'ego realistycznymi, co nie zmienia faktu, że ostro imprezujący pisarz staje się dla ludzi prawdziwszy niż te sztuczne lale z takiego "Ostrego Dyżuru". Bohaterowie seriali wreszcie stają się pociągający. Nie są ludźmi, którzy raz na trzy odcinki mają wygenerowany przez maszynę losującą problem emocjonalny/finansowy/etyczny. Gwiazdy serialowe stają się gwiazdami filmowymi. Ot, jeden z dowodów na "sfilmowienie" się seriali. Kiedyś chłopcy chcieli być jak Tom Cruise w "Top Gunie". Dziś chcą być jak David Duchovny w "Californication".

mg: jeszcze masz w głowie cycka janet jackson?

pw: Cycek Janet jest symbolem wojny, której jedną z bitew była ta pięknie, po polsku przegrana o wprowadzenie "Dogmy" do kin. Wojny o liberalizację obyczajową. A tak na serio, to mówię o tym właściwie tylko dlatego, że jest mi wstyd, że obok Andersona i Snydera nie postawiłem Kevina Smitha. Mea culpa.

mg: jest ci wybaczone. (dogma ssie tak a propos).

o serialach było. jest jednak coś z czym mają problem - absolutnie nie wiedzą kiedy się skończyć. tak żeby było dobrze i wszystkiego nie spieprzyć. piąty sezon gotowych na wszystko, czy wspomniany już czwarty sezon trawki. trochę wołanie na pustyni w erze prequeli sequelów. kaska, kaska, co nie. gdyby jednak seriale zyskały dobre, sensowne finały, mogłyby nawet zacząć być traktowane jako odzielna dziedzina sztuki (bo są majstersztykami pod każdym względem). a parafrazując naszego b. premiera 'prawdziwe dzieło poznaje się nie po tym, jak się zaczyna, ale jak się kończy'.

pw: Dobra, dobra, o filmach Smitha jeszcze sobie pogadamy. Co do kolejnych sezonów to sam sobie odpowiedziałeś- kaska, kaska, komercja, kolejne sygnety dla Davida Duchovny'ego, złote łańcuchy dla Hugh Laurie'go i gronostaje dla tego z "Prison Break'a". Na koniec naszej dyskusyjki radzę Ci jednak zwrócić uwagę na rosnącą popularność miniseriali. "Generation Kill" to sztandarowy przykład tego, że niedługo granica pomiędzy filmami w kilku częściach a serialami może się zatrzeć. Nawet sezon takiego "Californication" czy "Trawki" liczy dwanaście odcinków i stanowi w miarę spójną, fabularnie zamkniętą całość. Może przeginam, ale nawet kinowe hiciory jak "High School Musical" czy "Piraci z Karaibów" są już kilkuczęściowe. To też jakaś oznaka tego, że ludzie chcą długich, podzielonych na kilka części fabuł.

mg: ta, ale to raczej nieśmiertelny syndrom 'lubimy tylko to, co dobrze znamy'. ludzie pragnę czegoś stałego na rozszalałym morzu obecnych czasów (haha), tacy mali kulturowi konserwatyści . są zagubieni piotrze. cug serialowy to jedyna opcja. albo wódka. tak piotrze, takie są czasy piotrze. musiales słyszeć o tym kolesiu, co zassał i strzelił sobie kilka sezonów house'a naraz, po czym zszedł z wyczerpania.

(bohaterowie odchodzą w kierunku zachodzącego słońca, w tle sentymentalny kawałek ze skrzypcami)

pw: a 'skins' oglądałeś?

mg: nie. dobre?

pw: nie wiem, ściąga się.

mg: to przegraj mi to na jutro .

(fadeout) The End (t.b.c.)

Californication:
lewacki ◦◦◦◦◦ oszołomski
czy w napisach końcowych są polskie nazwiska: tak
czy pada sformułowanie 'polskie obozy koncetracyjne': nie


4 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. "Nowa fala seriali" jest i trzeba z nią płynąć. Jednak nadzieja umiera ostatnia! Zwłaszcza po obejrzeniu "Cuda w St. Anna" Spike'a Lee, czy "Vicky Cristina Barcelona" - (tak wiem, ale mi sie podoba). Teraz pozostaje czekać na "Inglourious Basterds"...

    OdpowiedzUsuń na zawsze